Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/321

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ruszewskiego. Kilkunastu cywilnych, uzbrojonych w szable, i z pistoletami za pasem, czytało między sobą ostatnią gazetę hamburską. Ks. Meier w sutannie do kolan, w butach z ostrogami, z kieszeniami wypchanemi krucicami i nabojami, pochylony nad ogromnym bębnem, robił korektę odezwy, jaka miała być nazajutrz rano rozrzucona po mieście. Był nawet stolik, gdzie Ojciec Serafin grał w ćwika z kapitanem Mycielskim, spierali się zawzięcie i co trochę rozchodzili. W pierwszej stancyi od wejścia na długich parapetach i półkach pod ścianami leżały szable, pistolety, puginały, ładownice, skałki, torby nabojów i stosy wszelakiego rynsztunku. Brał, co komu było potrzeba. Właśnie jacyś kadeci, dobrawszy sobie szablę, próbowali obcinać knoty u świec zapalonych; ale że tylko świece padały ofiarą, zaciekle ponawiali ćwiczenia.
Czasami, niewiadomo z jakiej przyczyny, zapadało milczenie; wtedy krzyżowały się zaniepokojone, trwożne spojrzenia, ręce mimo woli szukały rękojeści szabel, a z dziedzińców nadpływał gwar wojsk, turkoty przetaczanych armat i głuche, przytłumione bicia kilofów, wyłamujących w basztach arsenału nowe strzelnice dla dział.
Ktoś głośniej się odezwał, czy szabla brzęknęła o kamienną posadzkę, i wszyscy wracali do dawnego stanu, jeno oczy niecierpliwiej spoczywały na wskazówkach zegara.
Co pewien czas wpadał komendant Dobrski, stary żołnierz o suchej, wygolonej twarzy, orlim nosie i oczach świecących, jak ostrza. Przelatywał izby, niby burza, rzu-