Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miłość i w tej chwili zapominał o całym świecie. Wreszcie zaczął huśtać na nodze jakąś figę z niebieskiemi oczami, a tak śliczną, jasną, różaną, pełną dołeczków i lubych okrągłości, że w końcu porwał ją na ręce i biegając z nią po izbie, na śmierć zacałowywał.
Ledwie był skończył tę lubą zabawę, kiedy jeden z kredencarzy, wcisnął mu w rękę jakiś podłużny karteluszek; osądził go zwyczajnym billet doux, ale dojrzawszy jego czerwoną barwę, natychmiast oprzytomniał i przeczytał. Mistrz nakazywał podążyć na zebranie do generała Mokronowskiego i relacyę złożyć jeszcze dzisiejszej nocy. Miasto podpisu czerniała jeno liczba jeden, ujęta w nawias. Nawet rad był temu rozkazowi, słusznie rozumiejąc, jako z loży »Obrońców Wolności« jeszcze go nie wykluczono. Wyszedł bez pożegnania i w sieni spotkał się z Woyną.
— Wychodzisz? — zdziwił się, gdyż starościc nie lubiał przerywać sobie zabawy.
— Mam jeszcze przed nocą ważne sprawy, a ty?
— Wezwano mnie do arsenału, służba! — oświadczył wymijająco.
Rozeszli się pośpiesznie.
Zaręba pojechał na swoją kwaterę i zdziwił się niepomiernie, zastawszy w domu formalną inwitacyę generałowej Mokronowskiej właśnie na dzisiejsze zebranie. Spędził to na zbieg okoliczności i przebrawszy się po cywilnemu, już o zmroku wchodził do antyszambry Mokronowskich na Krakowskiem i oko w oko spotkał się znowu z Woyną! Ledwie przemówił ze zdumienia.