Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/296

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A to niespodzianka i zbieg okoliczności — uśmiechnął się, pomieszany i przywstydzony.
— Albo jednobrzmiące rozkazy! — szepnął otwarciej Woyna.
— Inwitacye — poprawił z naciskiem — zastałem swoją w domu i jestem.
Woyna uśmiechnął się pobłażliwie i wziąwszy go pod ramię, weszli na pokoje.
Wyszła naprzeciw generałowa i głosem nie dopuszczającym wątpienia, oznajmiła:
— Witam Waszmościów! Moje panny pokończyły aftowanie sztandarów, jutro je poświęcimy u św. Krzyża. Chodźcie podziwiać i chwalić.
W obszernej bawialni, pełnej porozstawianych krosien i stolików, panien i dam zajętych pracą, ze starą księżną wojewodziną Jabłonowską na czele, widniały rozpięte na ścianach bojowe chorągwie. Jedna, przeznaczona dla kosynierów, pokazywała na dnie czerwonem złoty snop pszeniczny, nad nim skrzyżowane kosy, a w otoku pod laurowym wieńcem złotem wyrażony napis: »Żywią i Bronią«. Druga była chorągwią ziemi Mazowieckiej; na czerwonej płachcie srożył się biały orzeł. Na białych ścianach choręgwie grały jakby kałuże krwi; zasię napis na kosynierskiej ciągnął oczy, budząc szczególniejsze uczucia i napędzając łzy do oczów.
Woyna po dłuższej admiracyi, skłoniwszy głowę w stronę panien, rzekł uroczyście:
— Hołd oddawam i część cnym sentymentom i kunsztowi afciarek.