Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zaręba, również nieusposobiony, rozkazał sporządzić regestr i przystąpić do przysięgi.
Jakoż po chwili zasłona poszła w górę i w głębi sceny, na tle rozwalin jakiegoś rzymskiego miasta, okazał się marmurowy, wyniosły ołtarz; z boków wznosiły się cztery połupane, obwinięte bluszczami kolumny, na kapitelach siedzące białe orły spuszczały z dziobów czerwoną wstęgę z napisem: Pro patria!
Przy głuchym warkocie bębnów oddział wolonterów wkroczył na scenę; trupa aktorów, z Bogusławskim na czele, ustawiła się na stronie, a kiedy na ołtarzu zapłonęły krwawe pochodnie, zjawił się przed nim jakiś ksiądz w komży i z krzyżem w ręku.
Zaręba, dobywszy szabli, w krótkiej przemowie wezwał do przysięgi na wierność ojczyźnie i Naczelnikowi. Powtarzali za księdzem rotę przysięgi w uniesieniu.
Po skończeniu Zaręba, odciągnąwszy Woynę na stronę, zapytał:
— Nie podoba mi się ten ksiądz. Sądząc z mowy, to jakaś cudzoziemska wywłoka?
— Włoch, nazywa się Martelingo. Prawie domowy Ksawerego Działyńskiego.
— Martelingo, widziałem to nazwisko w proskrypcyjnym regestrze Konopki.
— Patrzy na niego. Bibosz to przedni, kostera i w ciągłej pogoni za dukatem. Był miłosnym spowiednikiem króla Jegomości baletu. Złośliwi nazywali go po prostu rajfurem. Między duchowieństwem cieszy się najgorszą opinią; już go w Nuncyaturze oskarżano, jako na dzień parę mszów odprawia. Zabawiał się i w drugi