Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zaręba, przystanąwszy w cieniu lóż, uważnie przyglądał się obrazowi.
— A chodźże do nas! — rozległ się nad nim głos Woyny.
— Krok w miejscu! Raz, dwa, raz, dwa — srożyła się komenda.
— Sewer, nasze księżniczki pragną cię uwielbić, bohatyrze z pod Racławic! — krzyczał Woyna, zapraszając do loży. Zaręba wszedł bardzo niechętnie.
Woyna z nieporównaną brawurą prezentował mu wszystkie komedyantki.
— Oto »Piękna Nieznajoma«; sama Venus, pokazałaby się przy niej, karczemną dziewką. Oto dumna »Ximena i Zelia«, w jednej zjawiona postaci; oto boska Terpsychora z »Axur«; oto smętne »Dziecko Miłości«; oto »Tymona Odludka«, słodka heroina; oto ze »Szkoły Obmowy«, najmowniejsza; oto posępna »Emilia Galotti«; oto »Wyspy Olczyny«, pasterka niebiańska; korowód muz najprzedniejszy, korowód bohatyrek, wiernych żon, wzniosłych matek i wdów traicznych. Masz i antyczne ciotki, piekielne sekutnice, hydliwe potwory, hetery rozwiązłe, anielskie pannice i kapłanki Amora, zaś razem najmilsze babusy, teatrowi narodowemu oddane, dzielne patryotki, a nadewszystko oficyerów uwielbiające. Dixi! — recytował jednym tchem swoim krotochwilnym sposobem i chybił celu, miasto bowiem aplauzów, posłyszał sykania i protestacye. Komedyantki nad facecyę przekładały aktualnie wojenne obroty, grochot bębnów i głos komendy, srogą Bellonę napominający.