Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/289

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mrok zalegał ogromną salę, tyle że na proscenium kopciło się parę kaganków i gdzieś z górnych lóż migły się smugi mętnego światła. Dopiero oswoiwszy się nieco z tym mrokiem, dojrzał oddział wolonterów, egzercyrujący się na widowni. Przy nieustannym warkocie tarabanu kilkudziesięciu młodych ludzi z karabinami na ramionach, w modnych fraczkach, przepasanych czerwonymi bandoletami, w kapeluszach z białemi piórami, czyniło przeróżne obroty, rypiąc nogami, aż cały teatr dygotał. Aktor Rutkowski, w czerwonym płaszczu, odrzuconym na ramiona, ze wściekle zielonym pióropuszem na głowie, opasany do pół piersi czerwoną szarfą ze złotymi frendzlami i ze szpadą w ręku, prowadził wolonterów cale sprawnie, jeno komendę podawał głosem, jakby chciał przekrzyczeć ryki wełn morskich i huraganów. Po każdym znaczniejszym obrocie z parterowych lóż sypały się rzęsiste brawa, słowa uznania i fijołki. Siedziały tam młode i stare aktorki w asyście podżyłych amantów i przyjaciół. Sam Bogusławski, dyrektor kompanii aktorów, brał miejsce na scenie przed zapuszczoną zasłoną, niby na generalnej próbie spektaklu, jeno miasto scenaryusza, trzymał w ręku prawidła mustry dla wolonterów, z których od czasu do czasu podpowiadał cicho Rutkowskiemu. Mustra odprawowała się z niezmiernym zapałem, iż co chwilę grzmiały ostre stąpania, bijące akuratnie do taktu tarabanu.
Niekiedy w przerwach garście cukrów wzmacniały bohatyrów, zaś piękne rączki obcierały uznojone czoła i twarze.