Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mu drogę — czy »mała rada« otrzymała uniwersał Naczelnika do Żydów?
— Nie słyszałem. Może o tem wie kancelarya! — odpowiadał, zajęty czem innem.
— Obywatelu-Poruczniku! — z prędkości mowy aż się zachłystywał — na taki uniwersał czeka cała Litwa i Korona! Naczelnik go nam obiecał! Niech się tylko ukaże, a wszyscy żydzi opowiedzą się przy Polsce! I bronić jej będą! I nie poskąpią krwi ni mienia! Do mnie już dniem i nocą zgłaszają się ochotnicy! Ja się więc pytam...
— Odpowiedzą generałowie, właśnie czekają na obywatela! — przerwał mu i odszedł.
Na ulicach już było widno; podniosło się słońce i z pod opadających mgieł, wyłaniał się cudny, wiosenny dzień. Nagrzane powiewy muskały twarze, ptaki świergotały po drzewach i dachach, pachnąca młodą zielenią aura przejmowała lubością. Otwierały się okna, dzieci z krzykiem goniły się po ulicach.
Jeno Zaręba obcy był temu, co się dokoła wyrabiało. Nienawiść, jaką był wyczytał w oczach Chomentowskiego, dopiekała, niby świeżo otrzymana rana. Postąpił przecież wedle sumienia i nie bez obaw rozważał następstwa swojej wczorajszej deklaracyi. Spodziewał się ostracyzmu socyuszów, a nadewszystko plotek i podejrzeń. Rozumiał się pomawianym o jakieś nizkie, niegodne pobudki, a może nawet o schlebianie królowi i zabieganie o jego fawory! I w takiej przykrej dyspozycyi serca i udręczonego umysłu wszedł bocznemi drzwiami do teatru.