Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zameldowano Berka Joselewicza. Porwał się na to Dobrski i zakrzyczał:
— Róbcie z tym Machabeuszem, co uważacie, ale ja powtórzę swoje: do arsenałów żydów nie dopuszczę i pod swoją komendą mieć nie chcę! — wybiegł zaperzony.
— Poruczniku! — zwrócił się Cichocki do Zaręby — w teatrze zbiera się kompania wolonterów aktora Rutkowskiego; trzeba ich zaprzysiądz, wciągnąć w regestra, jako tako wyekwipować i wyznaczyć im stanowiska. Weź ich pod swoją komendę...
— Jeszcze jedno — wołał Dobrski oknem z dziedzińca — siodeł i uprzęży ze swoich składów nie wydam tej hałastrze! Niech jeżdżą na oklep i uzbroją się tykami od chmielu.
— Żebyś tylko nie poszedł w niewolę pięknych komedyantek — ostrzegał po chwili Cichocki.
— Wedle rozkazu p. generale! — mruknął posępnie Zaręba i wyszedł.
W pierwszej stancyi natknął się na Berka, przyglądającego się bateryom w dziedzińcu. Żydowin był słusznego wzrostu i przystojnej twarzy, czarny, jak kruk, srodze wąsaty i z kabłąkowatemi nogami. W kawaleryjskiej granatowej kurcie, przy szabli i ostrogach, przepasany szarfą, prezentował się cale godnie. Jeno haczykowaty nochal, królicze czerwone obwódki oczów i głowa, pokryta wełnistymi pierścionkami, pokazywały słodką nacyę krajowego cudzoziemca.
— Obywatelu-Poruczniku! — zagadał, zabiegając