Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pierwej poróżnił się z nimi. Później znalazły się i drugie przyczyny, iż odstręczał się coraz bardziej.
Niedawna rozmowa z Kilińskim dawała karmę dręczącym podejrzeniom.
— A jeśli istotnie pod temi górnemi hasłami przyczaja się podła zdrada? Jeśli to jeden z nikczemnych sposobów sączenia jadów anarchii? Jeśli tylko jesteśmy tutaj bezwolnemi narzędziami wrogów Rzeczpospolitej? Jak dojść prawdy? — dumał trwożnie.
Jakaś wyniosła postać, zabrawszy miejsce przy stole, uderzyła trzy razy w księgę. Otoczyli ją zwartem kołem, pochylając głowy na znak posłuszeństwa mistrzowi.
— Obywatele! — zabrzmiał surowy głos, nie znał go Zaręba — wyłożę krótko. Za parę dni uderzymy na nieprzyjacioły! Jutro, pojutrze, chwila wybuchu zdeterminowaną będzie. Walka musi być przeprowadzona do szczęśliwego końca. Miecz zemsty spełni, co spełnić powinien. Dnie ciężkich walk przed nami! Ale nie będę mówił, jak tylko o naszych celach — celach obrońców wolności, aby rewolucya dokonała się zgodnie z naszemi hasłami: śmierć tyranom, wolność i równość! Owo jednak, aby krwawy posiew wydał słodkie frukta powszechnej szczęśliwości, powinniśmy wprzódy wyplenić pola ojczyste z nikczemnych chwastów! Zatem konkluduję: Winnych zdrady, winnych tyranii, winnych narodowego zaprzaństwa, ogłaszam za wrogów ludu, wyjmuję z pod praw i sąd otwieram nad nimi. Obywatele, każde nazwisko, jakie padnie, jest obrazem najohydliwszych zbrodni, jest hańbą rodzaju ludzkiego. Mocą sumiennego