Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w czarnej masce, uchylając kraty, pilnie zaglądał w twarze nadchodzących. Poczem każdy z przepuszczonych nakładał maskę i krętymi schodkami spieszył na pierwsze piętro, do stancyi, służącej kiedyś Barssowi za kancelaryę. Tam na środku wynosił się okrągły stół, nakryty czarno, zaś na nim ustawione w trójkąt, płonęły trzy woskowe świece, leżała otwarta księga, puginał i trupia czaszka szczerzyła żółte zęby.
Stawali pod ścianami, gdyż prócz krzesła dla przewodniczącego drugich siedzeń nie było. Mówiono szeptem, obtulając się szczelniej płaszczami i nasuwając głębiej kapelusze, żeby się nie wydać głosem ni ruchem.
Izba, słabo rozświetlona, zdawała się napełniać mrocznymi cieniami.
Zaręba naliczył ich trzydzieści trzy, a nie rozpoznał ani jednej osoby. Drażniła go ta tajemniczość. Szczególna zaś woń pachnideł niezbicie wskazywała obecność kobiet. Próżno chciał je rozeznać wśród jednakich płaszczów i masek. Stanął więc na uboczu, pod oknem, coraz niechętniej dysponowany i zły na siebie. O wyjściu jednak nie było mowy. »Obrońcy Wolności« uformowani byli na sposób lóż masońskich i tak samo ich rytuał i chierarchię otaczała nieprzenikniona tajemnica. Na generalnych kapitułach nakładano maski, a zamiast nazwisk oznaczali się numerami na znak doskonałej równości. I pod gardłem nie wolno się było z tego wyznawać przed obcymi. Obowiązywało bezwzględne, ślepe posłuszeństwo. Za cel mieli walkę z tyranią i szczęście ludzkości. Każdą drogę, wiodącą do osiągnięcia tych skutków, uważali za świętą. Na tym punkcie Zaręba naj-