Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Trzeba dojść prawdy. Szkoda, że pora wowojenna nie po temu — zauważył z naciskiem.
— Nie daruję swojego. Co się odwlecze, to nie uciecze. A jakom sobie przysięgał bronić Majestatu, tak samo święcie wypełnię. Nam tu francuskich sankulotów do szczęścia nie potrzeba. Bo to pewne, że się jakobińska sekta uformowała i będzie chciała próbować swoich rządów. A ich maksymy wiadome: ani Boga, ani króla! Na szczęście Kiliński zwąchał pismo nosem i choćby sam jeden, naprzeciw stanie. Tak mi dopomóż, Panie Boże — grzmotnął się w piersi, podnosząc wyzywająco głowę — Sawanty psiekrwie! Z Bogiem precz, a króla na postronek! Ja, Kiliński, się pytam: A cóżby pozostało ludziom? Swywola chyba i nic więcej. Jak równość, to równość. Jak niema grzechu, to niema kary. Każdyby skoczył wydzierać swój dział. Oddawaj, co masz, temu, który nigdy nic nie miał, albo swoje przehultaił. Niema Boga, to niema króla, stróża praw ludzkich, i niema księdza, stróża praw niebieskich. Hulaj dusza bez kontusza! W to graj wszystkiemu ultajstwu. Szlachta szczególniej może za to zapłacić. Na Waszmościa szablę znajdzie się sto drągów i cepów. Milionom zbuntowanego poddaństwa nie poradzi. Exemplum, jak to było w humańszczyźnie. Naród nie urzędów się boi, jeno Boga i praw. Wiem ja, przed czem przestrzegam. I widzi mi się, jako Konopka nie sam ze siebie poczyna; patrzy mi na czyjeś instrumentum, komu zależy na zaprowadzaniu anarchii i upadku Rzeczpospolitej — prawił.