Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jakże Waszmość znajduje moich kamratów? — zagadnął go na stronie majster.
— Że godniejszych i cnotliwszych nie szukałbym pomiędzy senatorami.
— A co! wszystkich zjednałem — chełpił się — poszli za moim głosem.
— Ojczyzna ci tego nie zapomni! Pierwszy będę świadczył przed Kościuszką.
— Generał wie, co trzymać o mnie. Jesteśmy w komunikacyi! — szepnął tajemniczo.
Zarębie wydało się to przechwałką; poczuł to Kiliński, gdyż rzucił porywczo:
— Mam list od generała w kieszeni; nie wolno mi tylko zdradzać jego materyi, ale traktuje mnie jak przyjaciela. Mam ja coś drugiego na wątrobie...
— Słucham, choć Bóg mi świadkiem, powinność mnie wzywa w inną stronę.
Kiliński opowiedział zajście z Baranim Kożuszkiem, spotkanie z Konopką i swoją bolesną przygodę w Indyach. Wrzał cały z gniewu i obrażonej dumy.
— Słusznieś postąpił, obywatelu — pragnął pochwałą nadać inny obrót rozmowie.
Kiliński, nie dając się zbić z tropu, zaczął się gorżko użalać na Konopkę.
— Musiał ktoś drugi nasłać swoich ludzi — przerwał mu stanowczo Zaręba.
— Mam ci ja wrogów i zazdrośników, bo któż ich nie ma, jeśli coś znaczy w mieście i prawdy ludziom w oczy nie szczędzi? Niktby się jednak nie ważył podnieść na mnie rękę...