Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/271

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zaręba mitygował go, przedstawiając Konopkę w innem świetle i starając się zniszczyć jego podejrzenia i obawy. Majster trwał mocno przy swojem, a na zakończenie rzekł zapalczywie:
— Waszmość mi gotów krzyknąć: Pilnuj, szewcze, kopyta! Zaś ja na to: Właśnie to czynię i na swywolnych i nieposłusznych po szewiecku wezmę się do pocięgla i nie pozwolę sobie odebrać praw przyrodzonych — jakby pogroził, przechodząc jeszcze do Karskiego i zapowiedzianych przez niego wiadomości.
— Jeśli będą ważne — szepnął Zaręba, kierując się do drzwi — czekam o każdej godzinie w nocy.
Wyszedł na ulicę. Stanął przy nim chłopak z latarnią i zasalutował.
— Dobrze, poświeć, a wyciągaj nogi, żebyś zdążył, bo ci ucieknę i dostaniesz figę marynowaną.
— Jestem na służbie, pokornie melduję! — podniósł latarnię, oświetlając swoją kurtę.
— Fajfer od Mirowskich! Któż cię tu przysłał? — zdumiał się czyjejś troskliwości.
— Pan Konopka! Ja się nazywam Felek, proszę pana porucznika — meldował z dumą.
Zaręba przyspieszył kroku. Miasto już spało, zaledwie tu i owdzie świeciło jakieś okno. Deszcz mżył nieustannie. Bełkotały rynny i lało się z dachów. Przemykali się pod samemi kamienicami. Na ulicach było pusto i ciemno, tylko liczniejsze, niźli zazwyczaj, moskiewskie warty stały po rogach i przed kwaterami generałów. Na Krakowskiem spotkali kozaków, człapiących