Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jęli się prześcigać w darach. Supłali się do ostatnich złotówek. Zdejmowano ślubne obrączki. Kosztowne zapinki i guzy od żupanów posypały się na stół. Byli, którzy przynieśli ze sobą precyoza żon, córek i matek, składane może przez całe pokolenia; szły na potrzeby ojczyzny.
W. Horalik ofiarował dziesięciu gemejnów z całem uzbrojeniem i lenungi dla nich przez cały czas wojny. Kiliński obiecywał całą kompanię wysztyftować i deklarował złożyć na ręce Zaręby paręset karabinów, jakie był w cichości zgromadził.
Co chwila ktoś deklarował wśród uroczystego milczenia, to buty, to uprzęże, to wozy, żołnierski moderunek i na co tylko kogo było stać. Dawali nawet nad możność, ale tak szczerze, jakby z poczucia prostej powinności, i zupełnie na trzeźwo, bowiem dopiero po zapisaniu wszystkich ofiar przez pisarza Kiliński jął zapraszać na gorzałkę.
Zaręba, widząc, jako się to może przeciągnąć późno w noc, spróbował się chyłkiem wyśliznąć. Majster go jednak przytrzymał i do kieliszka przyniewolił. Trącał się więc, z kim wypadło, i poznajamiał z najznaczniejszemi personami. Rad był nawet temu, chociaż spieszyło mu się na zebranie »Obrońców Wolności«; ale słyszeć opinie i sądy mieszczaństwa, była to okazya nie do pogardzenia, zwłaszcza, iż wino rozwiązywało języki, a serca stawały się skłonne do swobodnych wynurzeń. Świat się przed nim otwierał nowy i nadzwyczajnie ciekawy. Zdumiewał się po prostu, znajdując w tym plebsie tyle rozsądku, a nadewszystko miłości ojczyzny.