Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a nie przystoi jej uderzanie na wroga podstępem. Polak zawsze brzydził się zasadzką i nie daj Bóg, aby się przemienił. Nie zbraknie nam siły do pokonania wrogów, jeśli nie zbraknie ducha ofiarnych poświęceń i miłości! — zakończył, poruszony, wsparł się łokciami o stół i ukrywszy twarz w dłoniach, pogrążył się w zadumie. Nikt już nie śmiał zabierać głosu, jeno Jagielski szepnął na ucho Fiszerowi:
— Te wzniosłe systemata nic, jeno faramuszki, dobre dla sawantów, a grunt — tępić wroga na każdem miejscu i przy każdej okoliczności. Kazaniem nie nauczy moresu zbójów!
Derysarz naraz głośno zameldował o wymarszu żołnierzów.
Wypadli przed wrótnie stodoły przyjrzeć się pochodowi, gdy Wasilewski już wołał:
— Formuj się w kolumnę! Trójkami! Ciąg się w prawo — marsz!
Długi szereg, migocący bagnetami, występował z refektarza szykiem pochodowym. Przechodzili cicho i ginęli w śnieżycy, jaka się była właśnie zerwała.
— Za opactwem wejdą na trakt, a dopiero pod Norbertankami, na Zwierzyńcu, dosięgną Wisły, gdzie już czekają promy i łodzie. Ksieni z nami w porozumieniu i w razie potrzeby schroni ich w klasztorze na jakiś czas — objaśniał Jagielski, dosiadając konia. Biegańskiemu zaś na wsiadanem powiedział Kościuszko:
— Powiedz generałowi, że stawię się na porę. Zaczynajcie w imię Boże!
Patrzał za nimi, nasłuchując milknących stąpań.