Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się uspokoiło, rozkazał wydawać kolacyę. Zadzwoniły żołnierskie kociołki, kuchta nalewał każdemu przepisaną racyę. A już zadowolenie wybuchnęło niby burza, gdy z polecenia kapitana Derysarz z Mikołajczykiem jęli rozlewać gorzałkę w podawane manierki.
— Podwójną racyę! Noc zimna i jutro Bóg wie, co się zdarzy! — oznajmił i pierwszy napił się na zdrowie całej kompanii
— Bóg zapłać! Życzymy dobrego zdrowia — odkrzykiwali z zapałem.
Wiara zaszumiała wesołością, brzękały kociołki, skrzybotały łyżki, błogość spromieniała twarze. Barszcz z grochem, kaszą, kapustą i sporemi sztuczkami mięsa ginął, jakby w otchłaniach. Kości i suchary trzeszczały w potężnych szczękach. Kapitan zawijał, jak wszyscy, jeno na wety przyniosła mu Jurkowa sporą miseczkę jajecznicy z kiełbasą.
— Przy Jurkowej najlepszy francuski kuchta mógłby być pomywaczem — zachwalał, dobierając się do specyałów. — Jak będę królem, Jurkowa musi być przy mnie do jajecznicy! Ba — przypomniał sobie — my brzuchy ładujemy, a tamci łykają ślinkę! Sierżant, pozwolić, co zostało, tamtym kamratom! — rozkazał, wskazując kosynierów.
Bujak przyleciał do niego z czułemi podziękowaniami.
— Asan, kiedy ze starszymi masz sprawę, miarkuj się w słowach! — wypomniał surowo. — Leć na kwaterę generała, bo tam czekają wiadomości.
Bujak poleciał, jakby na skrzydłach. Kwatera była