Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wiedzieć, a ci jak w karczmie! Cud będzie, jeśli tu kto nie przyleci ze sztabu.
W złą chwilę wymówił, gdyż właśnie wpadł kapitan Wasilewski, a za nim wylękły Derysarz. Dostało się kosynierom, a szczególniej ich oficyerowi, którym był Jacek Bujak, bywszy dyrektor dzieci w krakuszowickim dworze od niedawna fortragowany na podporucznika; lecz ten ku podziwowi, chociaż poczerwieniał, postawił się hardo:
— Właśnie gotowałem się z powinnym raportem do generała Kościuszki, a nikt drugi niema mi nic do rozkazowania ni przygan. Zabawiali się z mojego przyzwoleństwa — grzmiał zaperzony, tocząc wyzywająco oczami.
Wasilewski parsknął mu śmiechem w nos i krzyknął do swoich żołnierzów:
— Baczność! Jak się macie, dzieci? Dobry wieczór Jurkowa i cipuchny!
Rum powstał niesłychany i wśród niemałych wrzasków cisnęli się do niego z pytaniami, nie bacząc na subordynacyę. Zwłaszcza żołnierki nie miarkowały swoich kontentacyi. Stał między niemi, roześmiany i również radosny, wypytując o ewenty parotygodniowej rozłąki. Kobiety opowiadały na prześcigi, jedna przez drugą; słuchał cierpliwie, pogłaskując dzieci, które umorusanymi nosami trykały go w ręce. Człowiek był starszy, żołnierskiej postawy i donośnego głosu; twarz miał pogodną, dziobatą, czerwoną i oczy niebieskie, a chociaż brus, opryskliwy i wielce skory do szafowania kijami, regiment za nim przepadał, bowiem dbał o żołnierza i ujmował wszystkich prostotą obejścia i wesołością. Kiedy