Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chałupiny nie spalono przy tej okazyi. Niewielka obrada, sześć stancyjek, ale stoi przy samej bramie Sławkowskiej. — Grzela, wysadź z woza mojego chłopaka, bo coś matyjasi — rozkazała kuchcie. — I gdziebym na stare lata przytuliła głowę, gdzie!
Tu jęła wzdychać, aż jej spęczniałe piersi tak się rozpierały, że dziw nie puściły guziki opiętej, granatowej kurty. Kobieta była gładka, frontowa i wielce przemyślna; cały regiment Wodzickiego, w którym była wiwandyerką, przepadał za nią. Nawet niejeden z oficyerów ubiegał się o jej łaski, o czem z cicha szeptano.
Mikołajczyk długo robił grdyką, nim wreszcie kropnął prosto z mostu:
— Na mój rozum, powinna pani Jurkowa wziąć sobie przyjaciela...
— Żeby mną poniewierał i przepijał moją krwawicę, jak nieboszczyk...
— Trudno negować, jako hultaj był i ladaco, Panie świeć nad jego duszą! Znajdzie i stateczniejszy! Juści nie taki kostera i pijus, jak na ten przykład, ten kędzierzawy smoluch — splunął w jego stronę z awersyą. — Znajdą się, którzy uszanują, fortuny przysporzą i przyczynią honoru, a nawet i ołtarzaby się nie ulękli.
Przerwała im nagle wybuchła muzyka: bębenek brzękliwie zawarczał, piszczałka przebieraną nutą zagrała i skrzypki urżnęły od ucha.
— Cicho, psiekrwie! — skoczył do kosynierów z wrzaskiem Mikołajczyk. — Ani mrumru, bo o łby porozbijam instrumenty! Żywa dusza nie powinna o nas