Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chemi kiełbasami a chlebem i serem. Wnet się im poprawiły humory; jaki taki hukał z kontentacyi, ktoś przyśpiewywał, a któryś jął wyciągać cienko na piszczałce. Tego było już za wiele żołnierzom i dalejże rozpuszczać jęzory i coraz głośniej dojadać:
— Postępują sobie, niby w karczmie, a fetory od nich biją, że niech Bóg broni.
— Wszy ich tak ekscytują. Gnojki oparszywiałe!
— Kołtuniarze! Wdziali pierwszy raz buty i myślą, że już są żołnierzami.
— Niechno zobaczą harmaty, a portki pogubią ze strachu.
— Wałkonie, juchy! Krowie ogony, Świńskie pociołki! — gadali coraz dosadniej.
Mikołajczyk nie wzbraniał, a skoro Jurkowa powróciła na dawne miejsce i zabrała się do pończochy, pilnując zarazem kuchty, rozbierającego podświnka, zaszeptał do niej konfidencyonalnie:
— Żołnierze mają racyę! Jakże od gnoju prosto na wojaczkę! — urażony się czuł do żywego. — Juści, generał Kościuszek wie swoje, ale i człowiek nie jest przez rozumu. Niemałej to potrzeba nauki i egzorcyrunków, żeby zostać żołnierzem. A taki świniopas odrazu ma być zdatny? Machać kosą — parobka to sprawa, nie żołnierska! Nalejno pani kusztyczek: ziąb mnie trzęsie, bojam się, żeby mi frybra na jutro nie wypadła. Zobaczymy, jak się te parobki sprawią przy jutrzejszem dobywaniu Krakowa. Łykoszyn ma harmaty, kosami ich nie ugryzie.
— Mój Boże — westchnęła ciężko — byle mojej