Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sokiego oficyera. Jakoby chmura polśniewających kos i białych kapot zawisła nagle w mrokach Oficyer piskliwie zakrzyczał:
— Rozstąpić się i dać miejsca przy ogniach!
Żołnierze jednak jakby niedosłyszeli, ani drgnął który. Wystąpił jeno Mikołajczyk i rozeznawszy oficyerską szarżę, oddał mu powinne honory i bardzo politycznemi słowy poradził założenie osobnego biwaku.
Oficyer się rzucał gniewnie i groził, a wreszcie przekonany, jako nie było żadnych dyspozycji względem mających nadciągnąć kosynierów, kazał się roztasować swoim w samym kącie refektarza. Rozpalono nowe ognisko na trzonie prawiecznego komina, przyczem powstały spory o drzewo i słomę, jakie chłopi chcieli zabierać żołnierzom. Ułagodził to jakoś Mikołajczyk, ale nieobeszło się bez klątw i wymyślań, jakich nie szczędzili gemejny.
Kosynierów było pięćdziesięciu, wszystko paroby na schwał, z wyrostu dębom podobni, miniaste, przybrane akuratnie w białe kapoty i czerwone krakuski z pawimi czubami; kosy mieli na sztorc obsadzone, topory za skórzanymi pasami, rzęsisto nabijanymi mosiądzem, zaś na plecach zawinięte w płachty toboły. Siedzieli przy swoich ogniach cicho, schmurzeni jednak i wielce markotni z przyjęcia, jakie im zgotowali żołnierze, słyszeli bowiem dobrze docinki tak dojmujące, że już niejeden ledwie się hamował, szczerząc jeno zęby, niby pies rozwścieklony i warcząc. Ale skoro Jurkowa przysunęła się z baryłką i całym swoim kramem, ostro się wzięli gorzałkować, przegryzając liczne kolejki su-