Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

kiego, co było potrzebne do wyekwipowania, zaczął z regestru wyczytywać nazwiska, nie opuszczając przynależności do batalionów, kompanii i plutonów.
— Mocium tego, raz-dwa, żołnierskim krokiem! — upominał niekiedy.
Każdy z wywołanych stawał przed nim sprężony, jak drąg, i otrzymawszy broń i potrzebne efekty, dawał miejsce drugim. Każdego też z osobna obmacywał wilczemi ślepiami, nie odpuszczając bez jakowegoś słowa: którym dostała się przygana, których witał przyjacielsko, których przekpiwał, aż śmiała się cała kompania, zaś z poniektórymi coś tajnie i długo poszeptywał. Zajęło to sporą kwotę czasu, gdyż ludzi było z górą trzysta. Żołnierz to mimo dziadowskich pozorów wystawiał się wybrany, równy wzrostem i wiekiem, chłop w chłopa, jednako rosłe, pieczyste i sprawne, w obrotach wyćwiczone, w bojach zahartowani, setne zabijaki, że mało który nie był naznaczony plejzerem. Sam wybór żołnierstwa. Bowiem generał Wodzicki, przymuszony rozkazami hetmana, pozornie zmniejszył swój regiment i zdezarmowanych żołnierzów niby to rozpuścił; ale cichaczem rozkazał ich rozkwaterować po wsiach okolicznych i własnym sumptem utrzymywał, na okoliczność insurekcyi mając w pogotowiu. Taki postępek zjednał serca żołnierzów, że chociaż nie wszyscy byli dopuszczeni do sekretu o gotującem się powstaniu, wszyscy jednak gotowi byli dać gardła na skinienie generała. Więc też po skończeniu przeglądu wtajemniczeni otoczyli sierżanta, rozpytując natarczywie o wszelakie nowiny. Juści powiadał, co sam wiedział, a że żołnierz był prawy i po-