Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Padały ciężkie słowa oskarżeń, niby kamienie na bardzo podniesioną głowę Jaworskiego. Jeno wąsy szarpał, ściskał kurczowo głownię szabli, a zbiesionemi oczami nienawiści, jakoby świdrem, przewiercał parobków.
— Tandem, powracać nie chcecie? — przerwał skamlenia Zaręba.
Runęli przed nim w proch i czepiając się jego nóg, zawyli w śmiertelnej trwodze:
— Na miłosierdzie boskie, nie wydawaj nas, Panie, temu piekielnikowi!
— Dosyć. Odstąp! Marsz na swoje miejsca! Słyszałeś Waćpan respons! Nie mam nic do nadmienienia. Moją powinnością bronić ich przed każdą przemocą.
— Protestuję! Panie święty, matko jedyna, protestuję! — zaryczał, już siny z gniewu, ledwie władnący mową i strasznie dotknięty. — Jakto, ja nie mam prawa do moich poddanych? Waszmość wyprawia sobie ze mną niegodne igraszki! Waszmość gwałci kardynalne prawa Rzeczpospolitej. Obranyś Waszmość z rozumu, czy co? Wolne żarty, nie mnie brać na plewy! Chłopcy, chwytać moich ludzi, zakować w dyby i na wozy! Nuże, a pospieszać! Sam sobie wymierzać będę sprawiedliwość! Prędzej tam!
— Bujak, kto się tknie choćby palcem tych ludzi, wsypać mu pięćdziesiąt odlewanych.
— Wedle rozkazu się stanie, panie poruczniku! — trzasnął ręką w daszek i wyszedł.
— Tego kpa znam, był dyrektorem moich dzieci,