Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


podmawiał chłopstwo do buntów... Teraz mi jasno, teraz miarkuję, w jaką wpadłem kompanię! Rebelizantów!
— Nie będę się tłumaczył, jeno przypomnę: któren z poddanych stanie pod chorągwiami insurekcyi, wolnym ma być od pańszczyzny i powinności. Jeno Kościuszko władny jest szafować ich krwią i życiem. Waść nie masz do nich najmniejszego prawa.
— Właśnie że mam: jak mi się spodoba, odpuszczę ich w żołnierkę, ale na przymus odpowiem szablą! Do króla pójdę ze skargą, przed trybunały, na sejm!
— Nie wrzeszcz Waćpan! I coś jeszcze rzeknę, wysłuchaj: oto nie masz wstydu ni sumienia! Kraj w upadku, nieprzyjacioły w granicach, kto jeno poczciwy, stawa w obronie ojczyzny, Kościuszko ogłosił świętą wojnę o całość, wolność i niepodległość. Nawet chłopstwo się garnie pod chorągwie na głos powinności, ale dla Waści jemu podobnych najważniejszą sprawa: zachowanie pańszczyzny! Milsze wam jakieś parszywe psie Wólki, niźli ojczyzna! Podłe egoisty!
— Nie przyjechałem słuchać peror, jeno po swoich zbiegłych poddanych!
— Nie podnoś Waść głosu i ruszaj sobie do wszystkich dyabłów!
— Jak? Do mnie taka mowa? Może się przesłyszałem, może mnie słuch myli?
— Toć powtórzę, żeś cymbał i wynoś się, pókim dobry! — zawołał Zaręba.
— Za taką obelgę zapłacisz mi krwawo, hetko pętelko! Popamiętasz Jaworskiego! Nie puszczę ci tego