Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żadna udana trusia, co to wobec kawalera rumieńczykiem się okrywa, podłogę oczkami wierci, pary z gęby nie popuści, niby się to sroma, a dobrze wie, gdzie raki zimują. Moja przeciwnie, rozmowna, rezolutna i potrafi palnąć, że w pięty pójdzie. Nie zaczynaj z taką, jeśliś nie pewny swojego. Fortunę też ma grzeczną w Sandomirskiem. Co tam dłużej obwijać w bawełnę, kocham się! Zaręba, jak mi Bóg miły, strasznie się kocham. Słyszysz?
— Słyszę i gorąco admiruję takowe sentymenta. Całem sercem życzę, aby fortunne okoliczności pozwoliły podpułkownikowi zapalić pochodnie Hymenu — wyrzekł z szorstką nieco porywczością, bowiem nagle przypomniała mu się Ceśka i dziwna tęskność zagrała w jego sercu, nie nazbyt skorem do miłosnych tkliwości.
— Bóg ci zapłać! Niechno wojna się skończy, a w mig się ożenię! Zobaczysz mnie jeszcze Waszmość osiadłym na roli! Ha! ha! będę wołki wypasał, gorzałę pędził, zboże spławiał do Gdańska, pieniał się ze somsiady, syny płodził, na sejmikach gardłował i po urzęda sięgał, jak przystało poczciwemu człowiekowi. Miły Boże, dajże mi tej szczęśliwości zażywać choćby z kopę latek. Jakbym się na nowo urodził! Patrz Waść, jak pięknie na świecie, jakby na jakimś italskim kopersztychu! Człowiek sobie folguje, a niewiadomo, co nam jutro przyniesie fortuna — zasępił się na chwilę. — Do dyabła z melancholią! Napijmy się lepiej. Mam pod siedzeniem przedni miodek, w sam raz na taką wiosenną aurę i miłosne termedye. W twoje ręce, poruczniku!