Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pijmy, a reszta jakoś tam będzie! Co się nam smucić! Niedarmo śpiewają:

„Kieliszek braciszek, gorzałeczka siostra,
Rączka przyjaciółka, do gęby zaniosła«.

Wnet ja Waści wykuruję ze złych humorów! Teraz na drugą nogę. A może i Waści nie oszczędził ten szelma Kupido? Szepnij imię miłowanej, a wypijem jej zdrowie i każę na jej cześć dać salwę!
Nie doszło jednak do tego, bo Zaręba się jakoś wykręcił, zagadując o czem innem.
Kaczanowski gadał bezustannie i gęsto różne zdrowia koncypował, nie przestając jednak ani na chwilę baczenia na wojsko, gdyż w jakiemś miejscu huknął rozgłośnie:
— Krok podwójny! Raz, dwa! Raz, dwa! Kapela, zagrać mi, a siarczyście!
Jakoż prostowały się natychmiast ustające w błocie szeregi, kapeliści rznęli od ucha, zrywały się znowu junackie piosneczki, a tarabany głuchym warkotem dawały takt mocnym, sprężonym krokom i długa kolumna, zjeżona błyszczącymi grotami, raźnie maszerowała wskróś rozsłonecznionych pól.
Dzień się już był kończył, gdy w jakiemś miejscu szeregi wynurzyły się nagłym skrętem z mrocznych lasów na świat, zalany krwawą pożogą zachodu.
— Koniusza! Pokornie melduję! — ozwał się Bartosz, wskazując nieco na prawo srogą górę, wynoszącą się samotnie, niby wyspa na rozległem morzu ziem spię-