Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sty, rozkopywać jary, konie przeprowadzać stronami, a wozy przenosić na drągach. Wszystko jednak przezwyciężano wśród nieustających śpiewek, drwin, wrzasków i ani na chwilę niesłabnącego animuszu.
— Towarzystwo w takich okolicznościach jużby sadziło dyabłami, a klęło, na czem świat stoi, a ci jeszcze sobie stroją żarciki — admirował szczerze Zaręba.
— Bo zwyczajni trudów, błota i nadstawiania własnymi gnatami — odburknął jakoś sennie Kaczanowski i już się nie odezwał do samej Goszczy, którą był wyznaczył na nieco dłuższy wypoczynek. Zasię skoro kosynierzy roztasowali się nad wielkim stawem, rozlanym w pośrodku wsi, przepadł w jakimś wozie taborowym. Ale jak tylko trąbki zagrały na wymarsz, znalazł się na powinnem miejscu. Stał przy wyjściu ze wsi, niby włodarz, bacznemi oczami przeglądający stada mimo przepędzane. Kolumna rozwijała się w tęgim, wypoczętym marszu.
— Bartosz, a wyciągać kulasy! Wieczór za pasem.
— Melduję pokornie, że już niedaleko, za tym borem — wskazał granatową pręgę horyzontu.
— Trzymaj krok! Prędzej chłopcy, prędzej! Naczelnik nas czeka — zachęcał. Wesoły był po wypoczynku i żartobliwie usposobiony, a kiedy znowu kałamaszka potoczyła się za wojskiem, powrócił do lubej materyi, sławiąc nad miarę zalety swojej bogdanki.
— Urodą przenosi wszystkie, jakie znałem — zapewniał ogniście. — A poczciwa i zdatna do wszystkiego. I gospodarna! Takich krupniczków, jakie ona przyprawia, nie piłeś Waszmość nigdy w życiu. Przytem nie