Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Waszmość w czepku urodzony, boć tam i Andzia trawi czas na tęsknocie...
— Andzia? Mówże mi o niej! Cóż porabia ta cipuchna, co? — rozrzewnił się wspomnieniem, lecz dotknięty nazbyt szczeremi relacyami, skręcił pospiesznie w inną stronę.
— Coś nie widać Ślaskiego! Miał wkrótce wyruszyć za nami.
— Może stronami przebrał się już do Koniuszy.
— Psiakrew te drogi! Dobrze, jeśli tam się dowleczemy na północek.
— Z pewnością wyczekuje nas Naczelnik...
— Niepodobna przyspieszyć! Patrz, utytłani w błocie, niby świntuchy! Dziw, nie pogubią kulasów! Prędzej chłopcy! Marsz! Marsz! — zagrzmiał wychylając się z bryczki, ale jakby na złość, znowu cały tabor się zatrzymał. Kilka wozów utknęło w błocie i konie zapadły się po brzuchy. Powstała znaczna mitręga. Przeszkody mnożyły się na każdym kroku i pochód się opóźniał.
Kraj był cudny, wysoki, górzysty, porosły lasami, pełen wiosek, dworów i kościołów, dający co chwila rozległe widoki na dolinę Wisły i aż dalekich, sinych Tatrów sięgające, lecz do marszów większemi siłami zgoła nieprzysposobiony. Głębokie, wązkie parowy, niesłychanie strome zbocza, spadziste drogi, nieprzebyte błota, wezbrane rzeczki, gliniaste, do dna rozmiękłe ziemie, często w miejsce gościńca kamienista dróżka, przemieniona w rwący potok, w najwyższym stopniu krępowały ruchy wojsk, a szczególniej taborów. Miejscami trzeba było rąbać lasy i mościć nimi bajory, kłaść mo-