Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bym sam coś wiedział! Czekamy na kuryera z Krakowa, powinien być lada chwila.
Jeszcze nie skończył, gdy pod dwór zajechał długi wasążek pod zieloną budą i po chwili wszedł Zaręba w asyście Kapucyna.
— Od Naczelnika do JW. generała Ślaskiego! — meldował, podając opieczętowaną kopertę. Nim Ślaski odczytał, Kaczanowski rzucił się na szyję przybyłemu i wołał radośnie:
— Zaręba! Jakże się masz! A to fortunnie się składa! Nowy duch we mnie wstąpił. Prezentuję Waszmościom: Zaręba, porucznik artyleryi koronnej! I prosto z Warszawy, co? — nie dał mu jednak przyjść do słowa. — Hej! służba, dawać tu jeść i pić, a prędko! Ledwie się trzyma na nogach! Siadajże Waszmość! Nasze drogi pod zdechłym Brysiem. Takim rad z Waścinego przyjazdu! Cóż tam w Warszawie, powiadaj, bo mnie krew zaleje z niecierpliwości! Chyba sobie podpiję na takie święto! — wołał, rozanimowany.
— Mości panowie, rozkaz Naczelnika! — odezwał się Ślaski, otwierając papier — wymarsz ma nastąpić natychmiast. Podpułkownik Kaczanowski obejmie komendę i poprowadzi kosynierów do wsi Koniuszy. Porucznik Zaręba pozostanie przy nim aż do dalszej dyspozycyi. Kapitanie, oto patent na twoją podpułkownikowską szarżę. Winszuję ci awansu z całej duszy! — Uściskał go serdecznie, dając przystęp towarzyszom, cisnącym się z radosnemi powinszowaniami.
Kaczanowski zaskoczony nieoczekiwanym faworem Naczelnika, ledwie wykrztusił: