Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bóg wam zapłać! Jeszcze ja czegoś znacznego dokonam, choćby z tymi parobami. Bujak, trąbić na zbiórkę! Ruszamy! Nim to jednak nastąpi, powiadaj Waszmość o Warszawie, bo ginę z ciekawości! Jasiu, pij do mnie, okrutnie mi zaschło w gardle.
— Zdrowie podpułkownika Kaczanowskiego! — wniósł Ślaski półkwartowym kielichem.
Aż dwór zadygotał od wiwatów, krzyków i karabinowej salwy pod oknami na cześć nowego podpułkownika. Podochocony Ślaski rozkazał wydać kosynierom beczkę gorzałki, zaś dla swojej kompanii przynieść co najstarsze gąsiory! Rozpoczęła się pospieszna pijatyka, niezmierne ożywienie ogarnęło wszystkich. Pito na umór i wiwatowano bez przestanku, lecz pomimo tych wrzasków Zaręba musiał składać obszerną relacyę o Warszawie. Mówił ogniście i z wielkiem poruszeniem.
— Miody najsłodsze lejesz mi w serce! — przerywał mu co chwila Kaczanowski. — Słuchajcie Waszmoście! Słuchajcie! — wrzeszczał, nie mogąc się już pohamować, aż w jakiemś miejscu, zerwał się i ryknął: — Za zdrowie Warszawy!
Spełniono toast duszkiem, trębacze za oknami zagrali fanfarę, bębny zawarczały.
— Inny wigor poczułem w kościach! — wyznawał się radośnie i gdy Zaręba jął przedstawiać gorącego ducha Warszawy i pragnienie walki, znowu mu przerwał.
— Bić psiekrwie, bić i pobić! Oto moja żołnierska maksyma, oto moja filozofia! Niczego nam więcej nie potrzeba! Reszta głupie wymysły sawantów, piecu-