Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


starego żołnierza, tyle się widzą warci, co i pospolite ruszenie albo kawalerya narodowa. Szczęściem, jako do posłuszeństwa nieco lepiej wdrożeni. Pij do mnie, Jasiu! To mi dopiero wojsko, do którego można przystąpić tylko z wiatrem! Splunął.
— I dobrze urodzeni nie pachną z natury larendogrą. Jak się z nich zbierze stutysięczną armię, to ci przestaną śmierdzieć!
— Wojaczka tym chamom do cna we łbach poprzewraca! Szlachta się użala, że przez twoje werbunki poddani się burzą przeciwko swoim panom.
— A cóż dopiero powiedzą, kiedy Naczelnik wyda uniwersał, poręczający wolność każdego chłopa stojącego pod sztandarami! Przestaną się wtedy burzyć.
— Nie posłuchają! Ślaskich, szczerbiących swoje fortuny dla miłości ojczyzny i ludzkości, nie naliczy w Polsce nawet i mendla!
— Na nieposłusznych prawom ustanowią się trybunały!
— Pij do mnie, Jasiu! A któż to przyniewoli do posłuszeństwa Jaśnie Wielmożnych? Jaśnie Wielmożni? Wiadomo, kruk krukowi oka nie wykole. By szlachta broniła Rzeczpospolitej z takim ferworem, jak umie bronić swoich fortun i przywilejów, jedna wraża noga nie postałaby w naszych granicach. I byłyby zbędne takie medicamenta heroica, jak werbowania chłopstwa — podkreślił z naciskiem — Bujak, cóż tam nowego?
— Wszystko nagotowane do wymarszu! Przyszedłem po rozkazy!