Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wany, wzdychał, odgarniał wzgardliwym ruchem dania, nasłuchiwał czegoś od strony dalszych komnat, a tylko niekiedy zwracając się do Ślaskiego, szeptał z grobowym animuszem.
— Jasiu! napij się do mnie! — wpijał duszkiem i milczał w dalszym ciągu.
— Jakiż giez cię ukąsił? — zagadnął go wreszcie Ślaski.
— Trapi mnie, czy aby chłopy dotrzymają placu regularnym wojskom.
— Stawię głowę o zakład, że dotrzymają!
— Żeby się zdarzyły okoliczności małych utarczek, pochodów, dłuższych następowań, toby się rychło zaprawili w żołnierce, lecz jak się ma aktualnie, lękam się spotkania nawet z Łykoszynowemi rotami. Niechby im tak na przywitanie plunęli z harmat! Zwieją, gdzie ich oczy poniosą. Gdzie tam parobkom prosto od cepa mierzyć się z prawdziwym żołnierzem!
— Nie zlękną się i harmat, uręczam! Poznałem ich naturę i nieraz mi aż dziwno, skąd w tem chłopstwie bierze się tyle wojennego animuszu i kawalerskiej fantazyi.
— Animusz animuszem, a grunt egzercyrunek, sprawność, obroty i karabin dla żołnierza. Znasz mnie, iż byle czem się nie trapię.
— Wojna zrobi z nich żołnierzów, jakich drugich na świecie nie najdziesz.
— Wiem, będą młócili nieprzyjacioły niby cepami — szeptał zniechęcony i kwaśny — do każdej bijatyki w sam raz się przygodzą, nie neguję. Dla mnie zaś,