Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jak wtedy, w aptece... na kanapce leżał... cały we krwi... w ostatniej chwili konania... słyszał płacz dzieci...
Ale nie mógł tego długo wytrzymać, bo doszedłszy do Zjazdu, rzucił się, jak szalony i leciał, roztrącając przechodniów.
Ignaców w domu nie było, a dzieci spały nierozebrane, ale gdy wszedł, zbudziły się i chłopiec zapłakał, skarżąc się, że głodny. Uspokoił je, nakarmił troskliwie, zmówił z niemi pacierz, ułożył w pościel, obtulił troskliwie i siadł przy nich na łóżku.
— Winienem! — szepnął ciszej i boleśniej, gdyż ostre poczucie winy jęło go znowu rozdzierać aż do męki, aż do szaleństwa.
— Winienem! — powtarzał, kurcząc się w sobie, bo ten dźwięk jakby go bił po głowie kamieniem i przywalał rumowiskami żałości.
— Musiałem! przecież on był... — jęknął, usprawiedliwiając się trwożnie przed nieubłaganym trybunałem sumienia, ale naraz, wszystkie powody i usprawiedliwienia wydały mu się tak nikłe, i tak głupie i złe wobec własnej winy, że chwycił się z przerażenia za głowę.
— Zabiłem! Zabiłem! Zabiłem! — jęczał, pochylając się coraz niżej, jakby pod uderzeniem noża, i za każdem powtórzeniem przejmowała go jeszcze głębsza zgroza i straszny, nieopowiedziany lęk.
Bał się już poruszyć z miejsca, bał się otworzyć oczy, bał się oddychać głośniej, gdyż mu się wydało, że trup stoi obok i pochyla się nad nim, że