Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jakby oprzytomniał po tem wyznaniu mimowolnem i poczuł niezmierną ulgę; spojrzał dokoła prosto, choć smutnie.
Ogarnęły go spojrzenia pełne politowania, kilka głów zakiwało się znacząco, ktoś palcem stuknął w czoło, a jeszcze ktoś odsunął się od niego.
Jędruś podniósł się i wolno wyszedł na świat.
Noc już była, nad miastem gorzały łuny, w nieprzejrzanej topieli nocy błyskało tysiące świateł, jakby niezliczone oczy patrzyły ze wszystkich stron, głuchy, oddalony jeszcze szum miasta huczał nieustannie.
Jędruś dopiero na moście przystanął, by nieco odpocząć.
Wsparł się na balustradzie i patrzył w tajemniczy, rozdrgany mrok, w cicho płynące fale, wilgotny powiew chłodził mu twarz zgorączkowaną, a wody pluskały cicho, usypiająco, i z tak dziwnem, a słodkiem ukojeniem, że z trudem oderwał się od poręczy.
— Winienem! — szeptał, jakby tylko do własnej duszy.
Naraz przystanął nagle, trup zabitego unosił się przed nim... leżał, jakby w poprzek chodnika... rozerwana pierś buchała krwią... twarz się wykrzywiała męką konania...
Nie przeraził się już ani na mgnienie, przetarł tylko oczy i poszedł, ale nie śmiał spojrzeć przed siebie, bo czuł, że tamten musi być przed nim, przez zamknięte powieki widział go teraz tak dobrze,