Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I tak go pocieszając, gruchnęła nieutulonym płaczem, a z drugiej strony jakiś jegomość trącił życzliwie kuflem w jego, jeszcze nietknięty.
— Wietrzeje, panie kochany! Babska rzecz płacze, młody pan jeszcze... no...
Nawet nie rozumiał, że mówią do niego.
— Zonę pan pewnie stracił! Mój Boże, taki młody i przystojny, a mój nieborak...
— Nie trzeba się poddawać! Uszy do góry, panie kochany! I ja, panie, straciłem już drugą żonę, a przecież jakoś żyję... Trudno, wola Boska... Rzepa, panie, była, nie kobieta! Stańcowała się, napiła się potem zimnej wody i szlus, panie kochany! — szeptał, wyciskając palcami piwo z wąsów.
Nie dosłyszał i tego, spoglądał na nich z jakiejś przepaści, gdzie już głosy ludzkie nie dochodzą.
Ludzi jeszcze przybywało do restauracyi, że ledwie jedne płacze obeschły, już nowe wybuchały, sala bez przerwy drżała echami jęków i skarg, a z każdego kąta, od każdego stołu łkały żałosne głosy i biadała ludzka niedola, lecz garsoni wciąż roznosili piwo i wódkę, wciąż szczękały talerze i rozwłóczyły się mdłe, obrzydliwe zapachy piwa zwietrzałego i parówek.
— Pewnie po matce tak pan płacze? — zapytał go znowu jakiś głos łagodny.
Dosłyszał nareszcie, długo się patrzył w jakąś poczciwą twarz i rzekł:
— Zabiłem człowieka!...