Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czuje, jak ciepła krew jego ran spływa mu na twarz, przesiąka ubranie i oblewa mu ciało lepką, gryzącą falą i przepala męką strachu i przerażenia.
Wcisnął głowę w poduszkę i rozdygotał się takim niepowstrzymanym a gwałtownym szlochem, aż dzieci się przebudziły i szepcąc trwożliwie, jęły go obejmować i kwilić żałośnie.
— Jędluś! Mama cię wybiła? Jędluś — pytała cichutko dziewczynka.
— Boli! Mama... Cę jeść... — jąkał chłopiec.
— Cicho Jędluś! Nie płacz! Cicho... śpij... a... a... a... — zanuciła płaczliwie, usiłując nim zakołysać, ale że się nie poruszył, przytuliła się do niego i objąwszy za szyję, gładziła go po głowie pieściwym, matczynym ruchem i gorąco całowała.
Płakał jednak coraz rzewliwiej i boleśniej, zanosił się już wprost od płaczu, że i dzieci rozkwiliły się cichutko jak pisklęta opuszczone. Przygarnął je jakimś bezwiednie serdecznym odruchem i już tak razem płakali, i już tak razem mieszały się łzy, i jednym rytmem biły serca, i skarżyły się żałośnie dusze udręczone.
Długo płynęły te nieme, bolesne strugi, długo brzmiały te szlochy sieroce i jakieś senne, porwane słowa, i jakieś lękliwe skargi aż w końcu przycichły zupełnie, posnęli twardym snem wyczerpania.
Ale Jędruś po jakimś czasie przebudził się i usiadł.
Noc była w izdebce, dzieci spały spokojnie, deszcz zacinał w okno a niekiedy jęk wiatru wdzie-