Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


śmiechem, lub podsuwając się cichutko, przejeżdżała mu mokrem piórem po twarzy.
— Panno Maniu, bo złapię! — wołał rozbawiony, i nieodwracając się, sięgał poza siebie rękami.
— Niech pan siedzi spokojnie, bo oczy zawiążę, albo fora ze dwora.
— Już ani się ruszę, ale co to za facety przyjdą wieczorem?
— Niech panu Józia powie!
— Kawaler przyjdzie! Ma dystrybucyę na Żelaznej! — objaśniła matka z za parawanu, wśród parskań i chlupotu wody.
— To panna Mania już swojego puściła do luftu?
— Pan się wyraża jak... szewc! — zahuczała stara. — Pan Jan przyprowadził go we czwartek. Świetna partya i Józi też się podobał.
— Bardzo szykowny facet! — szepnęła Józia.
— Celender ma, pachnie trochę karbolem i bransoletkę nosi na ręku!... — przekpiwała się Mańka, nie zważając na matczyne znaki. — Z cukierkami przyszedł, pachniały śledziem, ale się zjadło... Siedział cały wieczór i zjadł rozmaitości za całą złotówkę.. Mówił, że go swatają z panną, co ma dom na Woli... że ma brata księdza... że na przyszłe gospodarstwo kupił dwa materace na licytacyi, ale już wywietrzone, i, że Józia byłaby w sam raz dobra za ladę do jego interesu...
— Mańka, nie pleć głupstw! — zgromiła ją Józia.