Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przycichło na chwilę, Jędrusiowi ścisnęło się serce boleśnie i łzy stanęły w oczach, przychylił się, by je nieznacznie obetrzeć, gdy naraz Józia, niby to wychylając się spojrzeć przez okno, wsparła się piersiami na jego ramieniu i przyciskając głowę do jego twarzy, szepnęła:
— Niech pan nic nie wierzy! Już pełno ludzi przed kościołem — dodała głośno.
Wstrząsnął się, chciał coś powiedzieć, już jej nie było.
— Mamuniu, prędko, bo pójdziemy świece gasić, dzwonią!
Jakoż uderzyły dzwony katedralne, tak nagle, rozgłośnie i bujnie, że stado gołębi wzbiło się ponad wieżę, kołując wysoko, niby garść białych piór, wichurą uniesionych; a potem u Augustyanów zadzwoniły rozdrganym, gorącym basem; a potem od Pijarów wytrysnęły spiżowe dźwięki, jak struga ognia, jak dym niebosiężny; a potem gdzieś zdala, od Paulinów, płynęły wolno szerokie, rozkołysane, wołające dźwięki; a w końcu, już ledwie dosłyszalne, jak klangor żórawi, płynących gdzieś w bezkresach, płynęły dzwonne śpiewania od Krakowskiego Przedmieścia.
Szyby cicho brzęczały, pokój się napełnił śpiżowym świergotem i zdawał się cały kołysać zwolna i dzwonić echami, aż duszę przejmował bolesno-słodki, rytmiczny spazm rozkoszy szarpiącej nerwami.
Panny już były gotowe, tylko matka jeszcze marudziła, że biegały koło niej, jak frygi.
Jędruś, zwolniony z przymusowego niewidzenia, pożerał teraz oczami pannę Józię, tak śliczną mu