Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kto się tego doczeka, niech mu będzie na zdrowie. Obiecywali mi jeszcze lepsze rzeczy, a jak mi wnuczki chorowały, to nikt mi z takich nie chciał pożyczyć rubla... Ja panu co powiem, panie Kowalski...
Ale Jędruś splunął i wyszedł bez słowa.
— Burżuj, psiakrew! — Zły był na siebie, że się zdradził przed żydem.
Ignacowa już była w mieszkaniu, obdzielała właśnie dzieci piernikiem.
— Dobrą pracę miała pani dzisiaj?
— Na psa taki dzień. Pół rubla utargowałam, może byłabym sprzedała wszystkie, ale jakiś wisielec potrącił mnie i wszystkie kwiaty poszły w rynsztok! — wyrzekała, wskazując na zabłocone papierowe róże, czerwieniące się w koszu. — Towar już na nic, ale sprałam go, że przez ruski miesiąc nie zapomni. Ale jak pan gdzie spotka mojego, to niech przyjdzie po nas na Rybaki, do ciotki. Zaprosiła nas na wieczór, a że to chrzestna Mani, może jej da na jaką sukienczynę. Bogaczka przecież, mają dwie dorożki. Szukałam go przed hotelem, tam, gdzie zawsze stoi, ale mi kolegi jego powiedziały, że z kursem poleciał na Mokotów...
Słuchał tylko piąte przez dziesiąte, ubierając się do wyjścia.
— Poźno pan wróci? klucz będzie gdzie zawsze...
Bo ja wiem, może... — szepnął, spiesznie wychodząc na schody. — Może nigdy! może nigdy!...