Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pomyślał już na dole i nagle zachciało mu się powrócić do mieszkania i obejrzeć raz jeszcze wszystkie kąty, ucałować dzieci, pożegnać się z Ignacową, posiedzieć tam między niemi... po raz ostatni może... ale się nie dał mazgajstwu, zapalił papierosa i ruszył ostro przez podwórze.
Krótko stał przed domem, namyślając się, gdzie iść, bo zwyciężyło wspomnienie panny Józi. Przecież każdy człowiek musi mieć gdzie pójść w niedzielę.... A tam, na Świętojańskiej, było tak przyjemnie, tak cicho i tak dziwnie słodko... Czasem, kiedy przyniósł karmelków, panna Józia spojrzała tak znacząco, że jakby mu rozżarzonych węgli nasypał w serce, a czasem tak ścisnęła za rękę... Całe miesiące wspominał z błogością o tem szczęściu. Kosa kupił dla niej od Ignaca i wyuczył go gwizdać walca, chciał go zanieść dopiero na imieniny... Tylko matka nie była mu rada, dogryzając przy każdej sposobności.
— Mieszka kątem u posłańca i o porządną pannę się stara, smoluch jeden — zwierzała się kiedyś przed Michałem.
Wiedział o tem, ale, nie zważając na jej przycinki, przychodził w niedziele. Starać się jeszcze nie starał o pannę Józię, marzył tylko o tem niekiedy, ale strasznie lubił posiedzieć u nich wieczorem i zagrać pannom na harmonijce. Był sierotą, nie miał nikogo na świecie, więc ten dom rajem mu był po zadymionej fabryce, ogrodem kwietnym po izdebce u Ignaców.