Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Takie słowo to jest ten wiatr, panie Kowalski. Pan Bóg im poszczęścił i dorobili się, ja nie o nich mówiłem.
— Naszą krzywdą się dorobili! — rzekł nienawistnie.
— To jest bardzo ładne słowo, ale to nieprawda! Przecież każdy człowiek chciałby być bogaczem! Czy pan byś nie chciał mieć kamienicę, zdrowe dzieci i ładną żonę, co?
Jędruś milczał, przypomniały mu się marzenia o Józi i założeniu własnego warsztatu.
— Panie Kowalski, wszyscy chcą jednego — upewniał z mocą żyd.
Jędruś powstał, zbrakło mu już ochoty do rozmowy i szedł ku drzwiom.
— Może mi pan przeczyta, nie umiem po waszemu... synowa gdzieś znalazła... — prosił podając zadrukowaną kartę.
Był to numer „Robotnika“ z jakimś programowym artykułem.
Jędrek się zarumienił i, odwróciwszy nieco twarz, czytał głośno, żyd wsparł się na łokciu i słuchał z uwagą, ale po ustach wił mu się lekceważący uśmiech.
— Pan myśli, że będzie tak na świecie? — spytał, wpijając się w niego przyczajonemi oczami.
Jędruś zapomniał o ostrożnościach, ponios o go z miejsca, że jął po swojemu gorąco rozpowiadać o szczęśliwości przyszłego ustroju. Unosił się, wybuchał i gorzał taką wiarą serdeczną i zapałem, aż żyd cmokał, ale mu przerwał dość ironicznie: