Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czytać dalej, byłem mógł snuć się wśród tych czarownych widziadeł, byłem mógł oddychać życiem wielkiem, potężnem i bohaterskiem. Rzuciłem się w nowe boje i w nowe przygody. Zaznałem smaku stanic, rzuconych na rubieżę Rzeczpospolitej, słodyczy zimowych wieczorów i długich opowiadań tawarzyszów. Zaznałem też niemało serdecznej udręki o Basię. Bijałem Moskwę, bijałem Tatarów, bijałem Szweda. Szabla moja, i krew moja, i żywot mój był własnością ojczyzny. A gdy przyszła potrzeba Krzemieniecka i sumienie przykazało, wysadziłem się prochami, a zamku nieprzyjaciołom nie oddałem. Usque ad finem. Powinność, oto godło tego rycerza bez skazy i trwogi. Zrozumcież ludzie: powinność!
Odłożyłem książkę, niestety, wszystko się kończy. Właśnie wstawał jakiś blady dzień.
— Wtorek rano! — dopowiedział żydek, lękliwie trzymając się blizko drzwi.
— Jezus Marya! A Nowy Rok! Naczelnik! moja posada!
Odniosłem „Trylogię“ p. W. Przyjął mnie gniewnie i po prostu nawymyślał.
— Trzeba być idyotą, żeby dla książki poświęcić całą karyerę! Wszystko przepadło! Naczelnik czekał na pana i nie doczekał się! Jest wściekły, wziął to za lekceważenie swojej osoby. Protektorka przysyłała dowiadywać się o pana.
— Na śmierć zapomniałem o jej liście!
— Winszuję panu rozsądku! Posadę dyabli wzięli, niechże pan za to przy sposobności podzię-