Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


napiła się jednak herbaty z mojej szklanki, wypaliła parę moich papierosów i gwałtownie chciała porządkować pokój. Bardzo niegrzecznie wyprosiłem ją za drzwi. Jakże, właśnie byłem w Kiejdanach, na dworze zdrajcy Radziwiłła, na owym balu, gdy mu plwano w twarz wzgardą i przekleństwami! A potem spadło tyle nieszczęść i cierpień. Szwedzki potop zalał całą Polskę. Było o czem myśleć, o co się troskać, i o co wałczyć!! A potem te nieskończone boje ze Szwedem, z Moskwą, z wiarołomnym Elektorem, z Rakoczym! Te nadludzkie wysiłki, w których Rzeczpospolita przemogła wszystkich i wszystko. Aż do ostatniej chwili, gdy Oleńka padła mi do nóg z okrzykiem: Jędruś, niegodnam ran twoich całować.
Żali te cudne sprawy wymyślił Sienkiewicz? Żali to nie są moje własne, z przed wieków przygody? Skądżebym je tak pamiętał? Skądżebym je tak odczuwał? On jeno potrącił struny, a wszystką melodyę dusza wydobyła z zamglonych wspomnień dawnego żywota i na jaśnię pamięci wyniosła!
Skończyłem książkę, w głowie mi się kręciło i nie bardzo musiałem być przytomny, gdyż nie potrafiłem zrozumieć, jaki to dzień przeszedł, ni jaka to noc zagląda w okno rozjaśnionemi gwiazdami. Przypiąłem się do „Pana Wołodyjowskiego“. Nie mogłem się powstrzymać. Przychodziło nawet zastanowienie, odpędzałem je, niby złego psa z gniewem. Co mi tam posady! Co mi tam naczelnik i wszystkie koleje świata! Niechaj przepadają, byłem jeno mógł