Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Głupiś! Skręć do karpi — nakazywał.
Stawy polśniewały na stratowanych łączkach niby zapłakane oczy, gdzie niegdzie przeglądały się w nich zrudziałe dęby lub brzozy moczyły złociste warkocze. Dziedzic kazał zjechać nad sam brzeg i jął się zabawiać rzucaniem bułek do wody; gładka toń zadrgała nagle, w głębinach zamigotały pręgi grzbietów, całe gromady sunęły śpiesznie i tłumnie, powstała niema i zajadła walka, co chwila wynurzał się okrągły pyszczek i ginął słupem.
— Te wielkie wszystko porywają... — skarżył się bezsilnie dziedzic.
— Każdemu swój brzuch najmilszy. Któren mocniejszy — ten lepszy. Kucharz dałby im radę, bo w łącznych stawach sam drobiazg...
— Niech mi się nie waży łowić tutaj, zapowiedziałem raz na zawsze. — Srożył się starzec i, rzuciwszy karpiom resztę bułek, z lubością patrzył, jak ciągnęły za nimi, póki droga szła nad wodą. Wyjechali w aleje odwiecznych kasztanów, potwornie rozrośniętych, powykręcanych i dźwigających się na pagórkach, uwitych z własnych korzeni. Rosły tutaj od wieku i tak się z sobą pokumały, splątane konarami, że żółta od liścia droga zdała się być nieskończoną nawą kościelną, nizką jeno, zasnutą jakby dymami kadzielnic i złotawem światłem witrażów.
— Jedź prosto! — Wzdrygnął się od zimna.
Szarak wyrwał się jakby z pod nóg, zamigotał talerzem i skręcił w gąszcze, a Rex, zerwawszy się ze smyczy, pognał za nim szalonemi susami.