Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To bydlę dopiero! Wypłoszy bażanty! Rex do nogi! Rex!
— Ale, pocałuj go w ogon, to cię posłucha! — Pomyślał Jasiek i z niemałą uciechą patrzał, jak bażanty całemi stadami podrywały się z gąszczów i leciały w pola.
— Żaden już dzisiaj na trąbkę nie przyleci! Wyjrzymy na pole. — Pokazał ręką koniec alei, gdzie, jakby oknem, widniały szerokie rozlewy zielonych ozimin. — Szelma pies! A może przyniesie zająca!
— A juści, ma kałdun niczem organista, to nie zgoni nawet prosiaka.
Jakoż trafnie przewidywał, gdyż po chwili zjawił się wyżeł, srodze zaziajany.
— Padły na żyta — stwierdził dziedzic, gdy stanęli przy bramie. — A to co znowu?
Od wsi płynęły dalekie jeszcze odgłosy śpiewów, muzyki i turkotów.
— Bednarkowe wesele z Ulisią Wójtówną, jadą do kościoła.
— Przyjrzymy się weselnikom. Rex, do nogi!
Ale pies trzymał się ostrożnie na stronie.
Droga od wsi szła pod parkiem, więc, po krótkiem wyczekiwaniu, niby burza radosna zaczęły walić bryki pełne wystrojonych bab, śpiewów i muzyki.
— Dużo ludzi! I niezgorzej sobie już podpili. — Zauważył zgryźliwie dziedzic.