Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A to co znowu! Widzicie go, będzie mi tu wyjeżdżał z pyskiem! Ruszaj natychmiast, żebyś czego nie oberwał. — Rozkazywała z tak groźnym majestatem, że Jasiek struchlał, kurtę nałożył, zakręcił się bezradnie po stancyi, pańskie buty, świeżo wypucowane, pochwycił, i w dyrdy pobiegł na drugi koniec dworu.
Dziedzic leżał pod zieloną kotarą i, uniósłszy głowę, rzekł łagodnie:
— Zaspałeś dzisiaj! Ubierz mnie cieplej, pojedziemy do parku.
Chłopak sprężył się nagle i już miał wybuchnąć buntem, ale spotkawszy łaskawe wejrzenie, pocałował pana w rękę i jak co dnia od lat wielu, zabrał się do roboty. Umył go, ubrał i zaniósł na fotel przed stół, gdzie już pokojówka postawiła kawę. Dziedzic bowiem miał sparaliżowane nogi, a Jasiek był mu niezbędnem uzupełnieniem, zwłaszcza, że wszystko robił niesłychanie sprawnie i delikatnie, w lot odgadując każde jego życzenie.
— Jak tam na świecie, pogoda?
— A bogać ta, plucha! — mruknął hardo, przeżuwając buntownicze zamysły.
Dziedzicowi coś jak rumieniec gniewu okrasił zwiędłe jagody, ale jeno zagwizdał na psa, który przyleciał w szalonych podskokach i rzucił mu się na piersi.
— Rex, dosyć karesów. Podaj mi smyczę i jedźmy.