Strona:Władysław Stanisław Reymont - Przysięga.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


JAŚKOWE AMBICYE.




Dzwonek brzęczał coraz niecierpliwiej.
Ale Jasiek ani drgnął; wyglądał oknem na szarą drogę, obsadzoną wierzbami, a wlekącą się wskroś ogromnych pól, poznaczonych kępami drzew.
— Jasiek, jaśnie pan dzwoni! — wrzasnęła przelatująca pokojówka.
Nie odwrócił się nawet, zapatrzony w dalekoście zawarte obręczą lasów.
— Jasiek, głuchu jeden, dzwonek! — znowu ktoś krzyknął przez uchylone drzwi.
— A niech se dzwoni... — odburknął gniewnie i porwał się naraz od okna, wyciągnął z kąta zielony kuferek i zaczął gorączkowo pakować swoje rzeczy. Potem cisnął o ziemię liberyjną kurtę i już zabierał się do dalszego ciągu, gdy wpadła sama gospodyni, rozczapierzona złością niby indyczka i wsiadła na niego:
— Jaśnie pan dzwoni, a ty, wałkoniu, ani się ruszysz! Leć prędko...
— Ja go ta więcej ubierał nie będę i woził go nie będę, i służył mu nie będę! — cisnął.