Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— W skaplerzu mioł zasyte, zdjenam mu, bo co tam świntości po chliwie poniwirać, grzych, i pocułam bez materyą te śrybne, ozerwałam i wzienam. Przecie to nase, nie ukrzywdził to nos?...
— Juści prawda rzetelna. To nase, choć się tyćka wróciło. Połóz do tamtych, zdadzą się w som roz tero. Smolec mówił mi wczoraj, ze chcą pozycyć tysiąc złotych, dałby w precencie na obsiw te śtyry morgi w lesie...
— A starcy tero?
— Pewnikiem chwaci.
— To z zimy byś sioł?...
— Tak, — a jakby nie chwaciło, to sie maciorkę przedo, albo i z prosiakamy, a trza mu wygodzić. A potym — dodał, — bo un bedzie mioł oddać! — zrobić kontrakt u reinta, że jak za 5 roków nie spłaci, to grunt mój.
— A moze tak być?
— A przecie. Bo to Dumin inakszym sposobem kupił od Dyzioka?... Schowaj, a śterdziestówki weź se, kupis lo siebie co. Ignac kaj?
— Polofrował gdziesik. Hano wody nima, sicka schodzi...
Chłop milcząc wstał, zajął się obrządzeniem inwentarza, przyniesieniem drew i t.d.
Tymczasem kolacja się ugotowała, Ignac wsunął się pocichu, nikt mu nic nie mówił, milczeli wszyscy, czuli się jakby niespokojnymi. Nie wspominali o starym, jakby nigdy nie istniał.
Antek myślał o owych pięciu morgach, które z pewnością uważał za swoje, a chwilami przychodził