Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zdycho... Dol mi co, a przysed tutoj! Jesce mu może pochówek płacić, albo źryć dować; jakby tero nie zdech, twardy jak pies, bogać ta, bedzie chloł, bedzie. Hano, kiej julinie doł wsyćko, to una niech paminto onim, ale co mi ta!
— Nie mój ociec i osukoł nos, niech go... cie, jaki śpekulant... — zaciągnął się dymem, splunął na środek i zamilkł.
— Żeby nos nie osukoł, mielibyśwa... cekoj... pięć mowa, a sidym i połowe... to pińć... sidym...
— Dwanaście i pół. To jo już dawno wyrachowałem, moglibyśmy mieć kunia, ze trzy krowy... A psio para... to miemiec dopiro! — i splunął ze złością.
Kobieta wstała, położyła małą na łóżku, wyjęła ze skrzyni szmatkę i wetknęła chłopu w garść.
— Co to?
— Obac.
Rozwinął. Przez twarz przeleciał mu błysk chciwości, pochylił się ku kominkowi, zasłaniając sobą pieniądze i przeliczył raz i drugi.
— Wiela tu jest?
Nie znała wcale pieniędzy.
— Pińdziesiąt i śtyry ruble.
— Laboga! jaz tyla — oczy jej rozbłysły radością, wyciągnęła rękę i dotykała pieniędzy z pieszczotą.
— Skondeś wziena?
— Hano, skąd? nie bacys, jak godoł jesce łoni stary, że mo na pochówek.
— Rychtyk prowda, godoł, godoł.