Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W izbie pusto było jakoś, lampka migotała słabo. Mała popłakiwała.
— Cegój becys?!
— Matulu!... o... o... skrzytwa dziaduś!... — szlochając, przytuliła się do kolan matki..
— Głupioś! nie bec.
Wzięła ją na kolana i, przyciskając do siebie, zaczęła iskać. Magda mruczała dość niewyraźnie, twarz miała rozgorączkowaną, tarła piąstkami oczy i pochlipując, usnęła.
Niedługo jakoś przyszedł mąż. Chłop był ogromny, ubrany w kożuch, z głową okręconą baszłykiem, twarz miał siną od mrozu, wąsy oszroniałe sterczały, jak wiechcie. Buty omiótł ze śniegu, baszłyk razem z czapką zdjął, otrzepał się, ręce zziębnięte zabił o ramiona i, przysunąwszy ławkę do ognia — usiadł.
Antkowa tygielek pełny kapusty z blachy zdjęła i postawiła przed nim, a ukrajawszy kawał chleba, podała razem łyżkę. Chłop jadł milcząc, gdy kapustę skończył, kożuch rozpiął, nogi wyciągnął i rzekł:
— Masz-ta jesce co?
Podała mu resztę kaszy z obiadu; zjadł, przegryzł drugim kawałem chleba, potem wyjął z kieszeni machorkę, skręcił papierosa, zapalił, dorzucił gałęzi na ogień i przysunął się bliżej; po chwili obejrzał się dopiero po izbie.
— Kaj stary?
— Ano, kaj? w chliwie...
Spojrzał pytająco.
— A juści, bo mi tu bedzie łóżcysko psuł, pierzyne marał, mo zdychać, to niech sobie tam prędzy