Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie godoł po próżnicy, ze mo na pochówek, — a później, owijając pieniądze w szmatkę i chowając do skrzynki, szepnęła:
— A Judos! zeby cie pomroka!
I zabrała się do nastawiania garnków i rozniecania przygasłego ognia.
— A bodaj cie! wody ani kapki, — wyszła przed dom, wołając:
— lgnac! Ignac!
W dobre półgodziny śnieg zaskrzypiał i jakiś cień przemknął za oknem. Porwała za drewno i stanęła przy drzwiach, otwierających się z łoskotem; wleciał niemi mały, może dziewięcioletni chłopak.
— Ty ladaco zapowietrzone, ty! będzies tu ciekał po wsi, a w chałupie kapki wody nima! — i przytrzymała jedną ręką, a drugą okładała krzyczącego w niebogłosy.
— Matulu nie bede! matulu puśćta me... Matulu!
Tłukła go zapamiętale, wywierając na nim całą złość, nagromadzoną przez dzień.
— Matulu! o jej! o loboga! rety! nie bijta!
— Ty psie, bedzies lotoł, ani wody nie przyniesies, ani drew nie uscibnies, darmo ci źryć bede dować, bede się jesce z tobą kłyźnić! — biła coraz silniej.
Chłopak wyrwał się jej jakoś z rąk i uciekł przez okno, napół z płaczem wykrzykując:
— Zeby ci kulosy do łokciów poupadały, ty suko! ażebyś zmarniała!... Bedzie łajno ptokiem, jak jo woma puńde po wode — i poleciał na wieś.